banner
 Start   Aktualności   Dokumenty
 Brzask
 Galeria
 Świat
 Historia
 Forum
 Kontakt
 Linki 

13.02.1899 – Umiera Ludwik Waryński


Waryński

Władysław Broniewski – Elegia o śmierci Ludwika Waryńskiego


Jeżeli nie lękasz się pieśni

stłumionej, złowrogiej i głuchej,

gdy serce masz mężne i jeśli

pieśń kochasz swobodną- posłuchaj.


Szeroka, szeroka jest ziemia,

gdy myślą ogarnąć ją lotną,

szeroko po ziemi więzienia,

głęboka w więzieniu samotność.


Już dziąsła przeżarte szkorbutem,

już nogi spuchnięte i martwe,

już koniec, już płuca wyplute-

lecz palą się oczy otwarte.


Poranek marcowy. Jak cicho.

Jak dziwna się jasność otwiera.

I tylko tak ciężko oddychać,

i tylko tak trudno umierać.


Posępny jak mur Schluesselburga,

głęboki jak dno owej ciszy,

zza krat, z więziennego podwórka

dobiega go śpiew towarzyszy.


I słucha Waryński, lecz nie wie,

że cienie się w celi zbierają,

powtarza, jak niegdyś w Genewie:

- Kochani... ja muszę do kraju...


Do Łodzi, Zagłębia, Warszawy

powrócę zawzięty, uparty...

ja muszę... do kraju, do sprawy,

do mas, do roboty, do partii...


ja muszę... - I śpiew się urywa,

I myśli urywa się pasmo.

Ta twarz już woskowa, nieżywa,

lecz oczy otwarte nie gasną.


Gdzieś w górze, krzykliwy i czarny,

rój ptactwa rozsypał się w szereg,

jak czcionki w podziemnej drukarni,

gdy nocą składali we czterech...


Fabryka Lilpopa... róg Złotej...

Żurawia... adresy się mylą...

robota... tak, wiele roboty...

i jeszcze - dziesiąty pawilon...


Ach, płuca wyplute nie bolą,

śmierć w szparę judasza zaziera,

z ogromną tęsknotą i wolą

tak trudno lat siedem umierać.


Wypalą się oczy do końca,

a kiedy zabraknie płomienia,

niech myśl, ta pochodnia płonąca,

podpali kamienie więzienia!


Raz jeszcze się dźwignął na boku:

- Ja muszę... tam na mnie czekają... -

i upadł w ostatnim krwotoku,

i skonał. I wrócił do kraju.