banner
 Start   Aktualności   Dokumenty
 Brzask
 Galeria
 Świat
 Historia
 Forum
 Kontakt
 Linki 

Tak było...

Styczeń 1920 roku. Rady Delegatów Robotniczych dawno już rozbite, podstawowa praca ze stowarzyszeń oświatowych i związków, wskutek terroru piłsudczyzny sprzymierzonej z „rycerstwem” Dowbora, schodzi w podziemie podobnie jak praca partyjna. Mocny prąd rewolucyjny rozbija się o militarną tamę reakcji polskiej, wspomaganej przez imperialistów angielsko-francuskich i ich lokai – prawicowych socjalistów. Obszarnicy polscy, wydziedziczeni na Ukrainie i Białorusi, poobsiadali hurmem urzędy w Polsce i zamienili je na reduty walki z polską klasą robotniczą i Związkiem Radzieckim. Chłopów zneutralizowano obietnicą „reformy rolnej w majestacie prawa”. Odbierano robotnikom resztki zakonspirowanej broni i starano się ich rozbrajać ideowo. To się nie udało. Broń Marksa-Lenina-Stalina umożliwiła w końcu zwycięstwo i nad polską reakcją. Że się tak stało – jest zasługą Komunistycznej Partii Polski, która ani na chwilę nie odstąpiła od walki i w poczuciu świadomości, że jest jednym z oddziałów Międzynarodówki Komunistycznej, ani na moment nie czuła się pokonaną. W prądzie rewolucyjnym nie mogło być przerwy i nie było jej. Prąd płynął podziemnie wydostając się na powierzchnię przy każdej sposobności. Wskazywaliśmy nieustannie drogę do zwycięstwa, budząc nienawiść i przestrach wroga.

„Robotnik” powiadamia o wiecu kobiet na Woli, organizowanym przy niedzieli przez Woszczyńską. Należało popsuć zabawę „ligawek” Piłsudskiego zdemaskowaniem wodza w liberii lokaja angielskich kapitalistów.


- Idę – mówi mi żona przy śniadaniu, chmurząc czoło. - Muszę im powiedzieć całą prawdę.

Przeszła godzina szesnasta, a nawet siedemnasta, a małżonki nie ma.


- Musiało się coś z matką stać – szepnęła zaniepokojona dziesięcioletnia Ela.

- Acha! - dopowiada Kazik, dwa lata starszy. - Wszystkiego się teraz można spodziewać, reakcja nie żartuje.

- Co, co?

- Pytasz jak o drogę, nie udawaj, wiesz przecież, gdzie poszła – strofował mnie syn – Mogli ją zahaczyć, trzeba się przewiedzieć – dodał zdecydowanie i zanim zdążyłem zaprotestować, był już na schodach.

Wtem zapukano do drzwi. Stuk butów i w przedpokoju wyłoniły się trzy karabiny zwieszone na rzemieniach.


- Tu mieszka Lucjan Rudnicki? Mamy być obecni.

- Trudno.

Czytałem w dalszym ciągu książkę, którą miałem w rękach przy wejściu gości. Ela przeglądała jakieś czasopismo. Zapanowała niepokojąca cisza. Policjanci stali w milczeniu, córka z ostrożnością przewracała kartki, tylko zegar cykał spokojnie jak zawsze. Tik-tak, tak-tak, tak było i tak jest.


- Czy pani czym handluje? - pyta wreszcie jeden z policjantów.

- Żona jest wrogiem handlarzy.

- Kto ich tam teraz lubi.

- A jednak im służycie.

- Co my tam, każą i musisz.

- Tak, tak, tak, tak, - powtarzał niezmiennie zegar – tak było i tak jest.

Ela ześrodkowawszy wzrok na rycinie przygryzała wargi nabrzmiałe krwią. Bała się łez. Przyrzekając w myśli: mamo, ja nie będę płakać – zwyciężyła.

Ale oto zjawia się służba wywiadowcza. Ci się nie wstydzą. Wchodzi czterech osobników o różnych wyrazach twarzy, tuszach i temperamentach:


- Czy pan jest mężem swojej żony Marii Rudnickiej?

- Tak, jestem mężem swojej żony...

Hulaj bracie, swoboda! Zdejmują płaszcze, zapalają papierosy i ślizgając się wzrokiem po przedmiotach, robią topograficzny plan mieszkania.


- W tym domu Boga nie uznają – zwraca uwagę osobnik z twarzą ślimaka.

- Różnie bywa – odpowiadam w przestrzeń – jedni wieszają Boga, drudzy postępują po bożemu.

- Więc co?! - pyta groźnie wywiadowca mocno skonfundowany – Czy to pan do nas?!...

Wtem nowy ruch. Wchodzi władczo porucznik w mundurze dowborczyka, watażka z typu tych, którzy w wojnie domowej w Rosji wycinali jeńcom bolszewickim nożami gwiazdy na czołach. Nie mogę się uwolnić od natrętnej melodii legionowej: „Pan porucznik mnie wspomina”.

- Z rozkazu komendy żandarmerii polowej dokonuję w tym lokalu rewizji.

Wobec tylu państwowych powag, popartych trzema karabinami i bronią mniejszego kalibru, demonstracyjnie pokazywaną przez zespół wywiadowczy, nie było wątpliwości, że wszystko odbywa się „w majestacie prawa” (jesteśmy przecież, do stu piorunów, najstarszą demokracją w Europie), pytam więc tylko u kogo zarządzono rewizję.


- U wszystkich w zarażonym domu – rzekł porucznik, patrząc groźnie nawet na dzieci, które jednak nie z lękiem, lecz z dumą spoglądały na mnie. Przeżywały już piątą rewizję i aresztowanie: jedną za czasów carskich, dwie podczas okupacji niemieckiej i drugą w Polsce Piłsudskiego. Do tego czasu rewidowano im i aresztowano ojca i matkę, dziś pan porucznik oświadczył, że i one są odpowiedzialne – Właściwie powinienem i pana aresztować...

- Czy to w intencji – pytam z uśmiechem – aby nie rozbijać ogniska domowego?

- Proszę sobie nie stroić żartów. Mam prawo zabrać teraz pana za lekceważenie władzy...

- Niech się pan nie unosi. Nie jestem jeszcze aresztowany i mam również pewne prawa...

- Roznosiciele jadu bolszewickiego nie mogą liczyć na żadne prawa w Polsce, jest pan na pewno taki sam jak pańska żona...

Tu nastąpiła scena nieoczekiwana. Kazik, w pewności, że i mnie zabiorą, chcąc być razem z mamą, oświadcza porucznikowi, trzymając siostrę za rękę: „My też tacy”. Policjanci, nawet jeden ze szpicli, nie mogli się powstrzymać od uśmiechu, tylko porucznik zdradzał nienawiść i gniew. Był tak samo pozbawiony poczucia humoru jak jego szef Piłsudski. Musiał się hamować, żeby nie kopnąć pomiotu bolszewickiego. Z takim samym uczuciem bandy Zarembów i Mikołajczyków mordowały po wsiach komunistyczne dzieci w Lubelszczyźnie. To samo robili hitlerowcy. Jedna „rasa” kontrrewolucyjnych psów.

Wszczął się rewizyjny ruch. Szpicle oblepili przede wszystkim bibliotekę.


- O, rosyjska! - meldował ślimak.

- Dawno pan z Rosji przyjechał? - pyta porucznik, siląc się na spokój.

- Byłem tam przed piętnastu laty.

- Więc Rosję pan zna?

- Znam.

- Rosja to piękny kraj! - dodaje znacząco metodyczny badacz.

- A tak, piękny.

- Zwłaszcza po rewolucji.

- Podobno.

Cały wywiadowczy zespół znacząco spojrzał na siebie: taki na jednym słowie się łapie – błyszczały radośnie ich oczy. To go zażył! - Skąd pan to ma? - pyta znowu porucznik, studiując książkę.


- Kupiłem na Kercelaku.

- Wcale dowcipny punkt wymiany, ciekawe, jaką drogą ona tam dotarła?

- Tą samą, co przed sześcioma jeszcze latami polska poezja narodowa z zagranicy, o którą tymi samymi słowami wypytywał mnie kapitan żandarmerii carskiej...

- Pan porównywa?

- Nie ma mowy o tym. Panowie działają sprężyściej...

- Panie, jestem zmuszony...

- O! - przerywa tryumfalnym wykrzyknikiem osobnik z wysuniętą naprzód głową i cały zespół utkwił badawczy wzrok na zmiętej stronicy, wyciągniętej z kosza. - Słuchajcie:

„Kto by chciał ruch rewolucyjny zniszczyć, musiałby przedtem całą współczesną produkcję z ziemi zetrzeć. Zbrodnia zakończyłaby się samobójstwem zbrodniarzy. I jeżeli reakcja w nienawiści do rodzącego się nowego porządku gotowa jest nawet na taki obłąkańczy krok, to klasa robotnicza ma już tyle siły, że w porę wyrwie obłąkańcom władzę. Towarzysze! Tam na przedmieściach nowe kominy fabryczne wyrastają z ziemi. To świeże robotnicze pułki stają na pozycji. Coraz szerzej rozeprzemy się w ramach dzisiejszego ładu. Naprzód! Sprawa robotnicza jest niezwyciężona!”


- Pan pisał?

- Własnoręcznie.

- To proklamacja?

- Ustęp z odczytu.

- Oryginalny odczyt!

- Był już w rękach carskich i niemieckich żandarmów.

- I teraz dopiero znalazł się w koszu?

- Już nie jest aktualny. Przez ostatnie trzy lata przeżyliśmy co najmniej pół wieku.

- A co jest obecnie dla pana na czasie?

- Armata.

- Jak to mam rozumieć?

- Armata najgruntowniej i najprędzej uświadamia.

- I dlatego...

- I dlatego stare odczyty pakuję do kosza.

Tu metodyczny badacz z rozjaśnionym obliczem pokazał kolegom nową notatkę, wyciągniętą z książki:

„Uroczystość na Placu Saskim: Bohaterski marsz orkiestry. Pan kapitan prowadzi oddział z większym namaszczeniem niż ksiądz procesję Bożego Ciała. Ziemia do ostróg mu się ściele, słońce złoci szablę, koń szaleje z dumy. Entuzjazm rozsadza piersi.
- Romek, czy ty tak samo czujesz – pyta młoda żona dostojnikiem ze złotym paskiem na czapce – bo mnie serce z radości pęka. Nie marzyliśmy nawet o takim szczęściu.

Plutonami. Marsz. Marsz – brzmi donośnie gardłowa komenda, a rozśpiewane żołnierzyki kończą beztrosko: <<Po tej całej zabawie, zabawie, zabawie, mokro było na trawie, na trawie. Bęc.>>”


- Cóż to jest?

- Fotografia.

- Pańskich przekonań?

- Mojego aparatu.

- To są drwiny!

- W takim razie cała nasza rzeczywistość to drwiny.

- Dla obcych żywiołów w społeczeństwie. Jeszcze jedno pytanie: dlaczego pan tę zwrotkę wybrał?

- Bo na niej się ceremonia skończyła.

- A dla pana się od niej nieprzyjemność zacznie.

- Tak zawsze bywa. Koniec jednego zjawiska bywa początkiem drugiego.

- Wesołe smutnym się kończy – drwi metodyczny badacz.

- Ten się śmieje, kto się ostatni śmieje – odpowiadam chłodno.

- Nie przeglądać na miejscu, wszystko do zbadania – rozlega się donośna komenda i poszły do worków „dla charakterystyki” listy miłosne i odczyty, rachunki kuchenne i tomiki najświeższej literatury radzieckiej.

Wśród ruin umeblowania, po książkach i papierze rozsypanych na podłodze spacerował Kazik z rękami w kieszeniach, z drwiącym uśmiechem na zaróżowionej twarzy. Wszędzie był, wszystko widział, cieszył się z mych krótkich odpowiedzi, spoglądał na mnie porozumiewawczo przy każdym nietaktownym słowie wywiadowców.


- Nic ci nie będą mogli zrobić, prawda? - pytał poważnie, uchwyciwszy odpowiednią chwilę.

- Nie wiadomo, synu, oni wszystko mogą.

- Na wszystko nie mają siły – zaprzeczył syn stanowczo.

Rewizja dobiegała końca, porucznik zażądał ode mnie zwrotu broni i na moje oświadczenie, że jej nie posiadam, polecił wywiadowcom przeszukać pościel, popielnik kuchenny i inne konspiracyjne ustrojenia. Groził przy tym, że jakikolwiek znaleziony oręż pociągnie moje aresztowanie. Syn patrzył na mnie po tym radośnie, jakby mówił: widzisz, nie zabiorą cię! Ja obawiałem się podłożenia, ale na szczęście w tym wypadku niesłusznie. Zaraz podano mi protokół do podpisania, w którym się mówiło, że broni nie znaleziono i nic przy rewizji nie zginęło. Niestety, wszystko zabrane do „charakterystyki”: wiele cennych książek, korespondencję, fotografie straciłem na zawsze.


- Stawiam tu na dwie doby wartę żandarmską, która zatrzymywać będzie wszystkich przychodzących gości – zawiadamiał porucznik. – W tym czasie nie wolno nikomu z domowników wychodzić. Proszę się zastosować do wszelkich zarządzeń wartowników i przestrzegam, że za wszelkie próby ostrzeżenia kogoś znajdzie się pan również w X Pawilonie.

Cisza. Skłębiona pościel, poprzewracane meble, pokrzywione na ścianach obrazy, oświetlone bladym światłem gazowym, przypominały stare ruiny, widziane nocą przy księżycu. Na straży stoją dwaj żołnierze z karabinami ostro nabitymi.


- Gdzie też mama jest? - pyta syn.

- W cytadeli.

- To tam, gdzie dziadziuś i ciocia Andzia siedzieli?

- A tak, tam teraz żandarmi Piłsudskiego honory czynią.

- Tak, tak, tak – cykał obojętnie zegar – tak, tak, tak...


Lucjan Rudnicki


[w:] „KPP. Wspomnienia z pola walki.”

wyd. Książka i Wiedza, Warszawa 1951